Parę słów o puszczeniu kontroli i szukaniu wewnętrznej harmonii
Na różnych etapach mojego życia próbowałem wielu sposobów, aby odzyskać równowagę energetyczną i się zharmonizować – zanim jeszcze w ogóle potrafiłem nazwać to, czego tak naprawdę szukam. A szukałem po prostu spokoju i wewnętrznej harmonii.
Testowałem najróżniejsze ścieżki: zgłębiałem różne religie, praktykowałem rozmaite formy medytacji, sięgałem po metodologię farmakologiczną. Jednak zanim zrozumiałem, na czym polega prawdziwe harmonizowanie siebie, popełniałem jeden podstawowy błąd: starałem się rozwiązywać problemy punktowo, zamiast spojrzeć na nie holistycznie.
Nie traktowałem mojego życia i otoczenia jako jednego, spójnego układu, który trzeba zrównoważyć. Zakładałem, że gdy naprawię ten jeden konkretny – najlepiej największy – problem, cała reszta sama zacznie się układać.
Stało się jednak coś odwrotnego. Wkładanie ogromnej energii w jeden punkt powodowało, że cały układ tracił stabilność jeszcze bardziej. Naprawiając jedną rzecz, tworzyłem ubytki w innej. Prypominało to naciąganie zbyt krótkiego prześcieradła na materac – gdy pociągniesz w jednym rogu, z drugiego natychmiast się zsuwa.
Zamknięte systemy i pułapka ego
Przechodząc przez różne terapie, hipnozy i medytacje, próbowałem przepracowywać bolesne procesy i konfrontować się ze sobą z przeszłości. Zgłębiałem koncepcje Adlera, Freuda, Junga, poznawałem filozofię stoicką i wiele innych nurtów.
Po latach zrozumiałem jedno: żadna z tych teorii nie była w pełni efektywna w moim przypadku. Każda wnosiła coś wartościowego, ale każda tworzyła pewien zamknięty, sztywny system.
Jak można balansować nieograniczony układ energetyczny – zależny od tak wielu czynników wewnętrznych i zewnętrznych – za pomocą zamkniętego systemu o sztywnych granicach?
Próba identyfikowania problemów, szukania ich genezy w przeszłości, wybaczania, odpuszczania i transformowania ich w wdzięczność przynosiła pewne rezultaty, ale nie dawała stałego balansu. Im głębiej wchodziłem w detale, tym więcej energii musiałem zużywać na synchronizowanie reszty życia.
Sztuka miksowania dźwięku: Zamiast pogłaśniać – ścisz tło
Wtedy zdecydowałem się na całkowitą zmianę podejścia. Inspiracja przyszła z zupełnie innej dziedziny – z teorii tworzenia miksów muzycznych.
Gdy realizator dźwięku pracuje nad utworą składającym się z wielu ścieżek i uznaje, że dany instrument jest za cicho, intuicja podpowiada, by podgłośnić ten jeden suwak. Jednak profesjonalna sztuka miksu mówi co innego: nie podgłaśniaj ścieżki, która jest za cicho – zamiast tego ścisz pozostałe instrumenty, by wydobyć to, co chcesz usłyszeć.
Zrozumiałem, że to jest klucz do mojego wnętrza.
Zamiast ciągle „podgłaśniać” to, co we mnie krzyczy, to, co blokuje i nie daje spokoju, powinienem zacząć ściszać tło. Zredukować szum pozostałych bodźców, oczekiwań i spraw.
Wcześniej wpadałem w pułapkę przebodźcowania i wyczerpania. Chciałem utrzymać dotychczasowe życie na wysokich obrotach i jednocześnie inwestować dodatkową energię w naprawianie trudnych aspektów. Mój układ nerwowy pracował ponad miarę. W końcu brakowało mi determinacji i chęci, co objawiało się stanami depresyjnymi i głębokim zniechęceniem.
Nie mam przecież nieograniczonego, zewnętrznego źródła zasilania. Jeśli chcę poświęcić energię na przepracowanie traumy lub rozwiązanie trudnej kwestii, muszę najpierw zabrać tę energię z innego miejsca.
Uznanie bezsilności i zrobienie kroku w tył
Pierwszym prawdziwym przełomem było uznanie własnej słabości – przyznanie przed samym sobą, że nie jestem w stanie zrobić więcej, niż pozwalają mi na to moje aktualne możliwości.
Dla mojego ego była to pigułka niezwykle trudna do przełknięcia. Moje ego krzyczało: „Musisz się rozwijać! Nie możesz się cofać! Musisz progresować!”. Nie rozumiałem wtedy, że rozwój to proces, który wymaga oddania części uwagi z rzeczy dotychczas ważnych, by móc zbliżyć się choć o pół kroku do poczucia wewnętrznego spokoju.
Uznanie tej bezsilności przypomina mechanizm znany z terapii uzależnień. Bez uznania swojej słabości wobec problemu nie da się zrobić dwóch kroków w tył, aby zyskać przestrzeń na rozpęd.
Dziś wspominam ten moment jako punkt zwrotny. Oddanie części ego i zaakceptowanie, że nie jestem wszechmocny, pozwoliło mi pojąć, że wiara w proces i umiejętność rezygnowania z niektórych rzeczy przynosi długofalowo większą wartość niż ślepa determinacja, która prowadzi jedynie do wyczerpania.
Złudzenie kontroli i błąd mierzenia postępu
Przez długi czas kierowałem się motywacją. Jednak motywacja – bez względu na to, jak silna – wystarczała na miesiąc, dwa, maksymalnie trzy. Przy większych przeciwnościach losu wypalała się.
Zrozumiałem, że kluczem jest dyscyplina rozumiana jako kontynuowanie procesu bez oczekiwania natychmiastowych efektów. Bez presji, że już teraz muszę poczuć się lepiej.
Niestety, moja potrzeba kontroli kazała mi tworzyć metryki i stale mierzyć, czy mój rozwój postępuje. Ale jak można precyzyjnie mierzyć postęp w drodze do celu, którego w pełni jeszcze nie znamy?
Przypomina to odchudzanie lub pracę nad sylwetką. Wielu ludzi ocenia swój progres wyłącznie przez pryzmat codziennego stania na wadze. Tymczasem retencja wody, stres, wyrzuty kortyzolu czy brak snu drastycznie wpływają na wahania wagi z dnia na dzień. Codzienny pomiar nie ma sensu – rodzi tylko presję i gorliwość wynikającą z potrzeby kontroli.
Gdy narzucałem sobie sztywne miary rozwoju duchowego i mentalnego, brak widocznego postępu odbierałem jako porażkę. Prowadziło to do poczucia beznadziejności, spadku samooceny i jeszcze większego wydateku energetycznego. Moje dobre intencje przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego.
Holistyczne spojrzenie
Zawsze zadziwiała mnie wąska specjalizacja w medycynie. Czy naprawdę wierzymy, że ludzkie ciało działa atomowo – że jeden organ nie ma wpływu na drugi?
Gdy sam zmagałem się ze złożonymi problemami zdrowotnymi, odwiedzałem różnych specjalistów. Każdy z nich diagnozował i próbował leczyć wyłącznie „swój” fragment, nie patrząc na organizm jako na całość. Brakowało kogoś, kto połączyłby te kropki w jedną spójną historię.
dokładnie tak samo jest z naszym życiem psychicznym i energetycznym.
Zrozumienie tego faktu skłoniło mnie do porzucenia skupiania się na pojedynczych fragmentach. Zamiast tego zająłem się równoważeniem całego układu, by przywrócić mu naturalną harmonię.
Ta perspektywa (lub paradygmat) stanowi fundament mojego obecnego podejścia. Gdy znasz tę genezę, znacznie łatwiej będzie Ci zrozumieć wybór konkretnych narzędzi i dróg, o których opowiadam na tym blogu.
Dodaj komentarz
Komentarze